Każde dziecko, a przynajmniej większość tych, które znam, przechodzi w swoim młodym życiu etap, który nazwałabym “kloszardowym”. Etap ten charakteryzuje się wysoko rozwiniętym zmysłem kolekcjonerskim. Łupem stają się różnego koloru kamyczki, większe i mniejsze patyczki, muszelki, listki, kwiatki, biedronki, żuczki, żabki itd. Nasz dwulatek Nadiowy z wyjątkowym upodobaniem i godną naśladowania konsekwencją zbiera ostatnio ślimaki… Szczególnie gatunek przydrożny

Jeden z nich zagościł na dłużej w naszym skromnym M2.
Siadał na nocniku razem z Nadia… Jadał z nami przy stole, oczywiście najchętniej pierogi… ( dzięki czemu dwulatek – niejadek polubił wcześniej wspomniane, a przy okazji nauczył się pierwszego mini wierszyka)
Aż w końcu znudził mu się żywot pospolitego przeciętnego ślimaka polskiego i zamarzył świat wielki… Dalekie kraje… egzotyczne podróże… Mając do wyboru takie środki lokomocji jak helikopter z Little People, odrzutowiec od dziadka Darka, lego konik i lego ciuchcia – wybrał ten ostatni. I tak oto rozpoczyna się historia ślimaka, który jeździł koleją…

“Wsiąść do pociągu byle jakiego… nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet…” i w przypadku naszego ślimaka – “nie dbać o prowiant”… Jak długo może podróżować ślimak ciuchcią na czczo? Okazało się, że niedługo…
Następnego dnia nie zdążyliśmy usunąć zwłok zawczasu i jakoś musieliśmy wybrnąć z tej sytuacji… A dwulatek Nadiowy bardzo dociekliwy był…
-Mamusiu… miziak… oooo … nie ma…
- no nie ma…yyyy ślimak…yyyy…uciekł… I na poczekaniu wymyśliłam historyjkę, jak to ślimakowi zrobiło się smutno, że tak sam podróżuje i…. postanowił wysiąść, ale jak próbował się przecisnąć przez okna ciuchci to mu muszelka przeszkadzała i….. musiał zostawić domek i … poszedł sobie na ogródek poszukać nowego domku… ufff…
- mamusiu! uciek nie, sował…
-Nie uciekł? schował? Pomyślałam, że to całkiem dobry pomysł, skoro wersja z ucieczką jej nie przekonała, a sama znalazła wyjaśnienie, to niech będzie…Zupełnie nie byłam przygotowana do rozmowy o aniołkach, które zabierają ślimaka do nieba.
Ale dwulatek nie mógł odpuścić tematu. Dalej ślimak wszędzie z nami chodził, jadł i spał. A Nadia wyczekiwała momentu, kiedy miziak znów pokaże rogi… Brrr… Przerażające…
Jeszcze bardziej przerażający był moment, kiedy babcia Mariolka zadzwoniła i powiedziała, że sprawdziła w internecie i że faktycznie moja pierwotna wersja była całkiem prawdopodobna. Okazuje się, że ślimaki w momencie zagrożenia życia potrafią opuścić swoja muszelkę. No i jak sobie wyobraziłam tego obślizłego gada, yyy … tzn. bezkręgowca, bezwstydnie pełzającego po zakamarkach naszego mieszkania… Oj słabo… Od tego momentu nie tylko Nadia miała swoją “miziakową”obsesję, ale i ja zaraziłam się wkrętem i obie żyłyśmy w głębokim niepokoju, a nawet lekkiej panice.
Dni mijały, świadomość rozkładającego się w muszelce ślimaka nie pozwalała spokojnie jeść pierogów i właśnie wtedy, gdy dojrzała we mnie decyzja, że trzeba brutalnie rozłączyć dziecię Nadiowe z jej najlepszym przyjacielem i raz na zawsze pozbyć się tematu – stał się cud:
- Mamusiu! obudził! – usłyszałam z głębi pokoju.
-Obudził? Nie kochanie, ślimak się nie obudził… bo ślimak…yyy bo ślimak…nie mógł się obudzić… yyy bo ślimak nie zasnął… bo…
- mamusiu! tak! OBUDZIŁ! miziak! obudził! haaaa!
Tylko przez grzeczność i szacunek do wyobraźni mej córki poszłam obejrzeć zmartwychwstanie ślimaka, po drodze przygotowując sie na ostateczną rozmowę… A że mieszkanie niewielkie i droga krótka była, to całe szczęście nie udało mi się przygotować, bo: istotnie ślimak zmartwychwstał:

Alleluja! Niezbadane są wyroki Pana!
Najnowsze komentarze